Paralaksa tła

Bieszczadzki „Niedźwiadek” – restauracja w Ustrzykach Dolnych

BIESY
Jesienią narasta tęsknota
7 października 2016
dynie
Jak z Dziadów zrobiono dziadostwo
23 października 2016

Ustrzycka meta dla głodnych

 

Jeśli ktoś by zapytał o bieszczadzką ''trójcę świętą" od Żarcia i Setki, każdy bywalec manowców i bezkresów, biegły w eksplorowaniu lokacji położonych gdzieś na rubieżach Zadupia*, oprócz znanych tylko niewielkiej i stałej liczbie amatorów bezimiennych pijalni, powinien wskazać następujące nazwy: Siekierezada, Niedźwiadek i Piwniczka. O ile ta pierwsza jest raczej przystankiem obowiązkowym dla degustatorów (gór) niż dla uciekinierów, i może być potraktowana jako atrakcja kalibru rejsu statkiem po Jeziorku Solińskim, to "Niedźwiadkowi" trudno przykleić miano atrakcji turystycznej. Miejscówka pamiętająca czasy, kiedy o schodach na Tarnicę nie beczały nawet wypasane przez okolicznych mieszkańców owce, a kuracjuszki w Polańczyku opalały się w majtach z wysokim stanem.

Z zewnątrz niepozorny, drewniany budynek raczej nie przyciąga uwagi, ale charakterystyczne, niebieskie litery widniejące na elewacji są wystarczającym oznaczeniem - znakiem rozpoznawczym i drogowskazem dla wszystkich głodnych i spragnionych podróżnych, którzy właśnie dotarli w Bieszczady. "Niedźwiadek" leży w bliskim sąsiedztwie dworca kolejowego - wychodząc ze stacji, trzeba by mocno się postarać, by do niego nie trafić. Wnętrze nie wyróżnia się niczym szczególnym, jest drewno i rzeźbione krzesła. Moim ulubionym miejscem jest kącik na samym końcu sali, gdzie na ścianach wiszą stare zdjęcia okolicy, a pośrodku króluje duży, palony drzeworyt z miśkami.

 
 
80-ustrzyki-dolne-restauracja-niedzwiadek
 

Spragnionych napoić

 

Ostrzegam, przed złożeniem zamówienia należy zamówić do najmniej jedno ursowe piwo, które jest dostępne w ofercie restauracji. Warto to zrobić, po pierwsze dlatego, że jest dobre i każda wersja ma oryginalny, niespotykany smak, a po drugie po to, żeby bardziej zgłodnieć, bo porcje w "Niedźwiadku" są raczej słuszne (placek po bieszczadzku jest nie do zjedzenia dla jednej osoby).

Moim zdecydowanym faworytem z menu tej knajpy jest ukraińska wersja pierogów z mięsem (chociaż wyglądem przypominają raczej nasze uszka, choćby te pływające w wigilijnym barszczu, różnią się tylko rodzajem farszu i sposobem podania.) Pielmieni, bo o nich mowa, to doskonała przekąska do piwa: są wyraziste w smaku (szczególnie kiedy wymoczy się je w occie, z którym są podawane), więc doskonale zastępują popularne słone przekąski.

Łasuchy i wielbiciele słodyczy także znajdą tam coś dla siebie - świetne naleśniki z białym serem i owocami, przepyszne domowe ciacha, których raczej nie uświadczy się w innych rejonach Polski (Czarnohora <3). Wszystko w przystępnych cenach.

Przemiła obsługa, uczynne panie kucharki (roztrzepani mogą pójść po prośbie i zmienić zamówienie nawet po jego złożeniu, jest spora szansa, że zostaną wysłuchani, sprawdziłam na własnej skórze:P)

 
piwa-ursa-i-pokal
pantokrator-piwo
 

Jeśli powyższe argumenty kogoś nie przekonały, to znaczy, że albo nigdy nie był w Bieszczadach, albo nigdy nie był naprawdę głodny, albo znudziły mu się potrawy, które w różnych konfiguracjach, ale jednak, można zjeść w większości restauracji w każdym zakątku Polski. Dla takich francuskich piesków są "baranie rogi" - ja nie odważyłam się tego spróbować, mięso inne niż białe raczej nie wpisuje się w moje kulinarne upodobania - ale podobno w niedźwiadkowej wersji ta mało wegetariańska porcja białka jest bardzo dobra. Wyglądem przypomina...kiełbasę zwiniętą na kształt ślimaczej muszli. Wszyscy, którzy jedli, byli zadowoleni ze swojego wyboru, więc pewnie warto się skusić na taką odmianę.

 
Ren
Ren
Świeżo upieczona autorka niniejszego bloga. Pasjonatka wszystkiego, co rozciąga się pomiędzy historią a filozofią, pod warunkiem, że przeplata się z dużą ilością małych zwierząt. Poza tym, lubię ładnie pachnieć.